Zula i dzień na kanapie
Zula obudziła się z wielką dawką energii.
Dziś miał być „ten dzień”!
Miała: odkurzyć dywan, wstawić pranie, zrobić ciasteczka owsiane, odpowiedzieć na wszystkie zaległe wiadomości, zamówić przez Internet prezent urodzinowy dla Maxa i jeszcze przygotować wieczorne spotkanie ze swoimi przyjaciółmi pod tytułem „Przytulanie w wersji deluxe”.
Plan idealny. Lista rzeczy do zrobienia – rozpisana na kolorowo.
Tylko jedno się nie zgadzało: ciało w ogóle nie chciało współpracować.
Już przy pierwszej próbie zejścia z kanapy Zula zaplątała się we własny koc.
Kilka sekund później kubek z herbatą rozlał się przed trafieniem na stolik.
Zula westchnęła i poszła po szmatkę. Ale zanim znalazła ją w kuchennej szufladzie, po drodze potknęła się o leżącą na podłodze piłeczkę. Zaraz potem jej ogonek zrzucił na ziemię świeżo wyprane ręczniki do łapek, a ciasteczka – te kupione na awaryjne dni – rozsypały się na blacie szafki.
– No pięknie – mruknęła. – Zaczynam dzień od totalnej apokalipsy.
Spróbowała znaleźć w sobie resztki energii i zabrała się za odkurzanie. Jednak ktoś tak poplątał kabel zasilania, że męczyła się dobre 10 minut, zanim się z tym uporała. I kiedy w końcu się udało… odkurzacz zawył jakby z pretensją i odmówił dalszej współpracy.
Zula usiadła na dywanie i spojrzała na sufit.
A może to sufit spojrzał na nią z troską?
Nagle telefon przypomniał jej o jakimś ważnym mailu, którego nie umiała odczytać od tygodni. Patrzyła na ekran, jakby ten mail miał ją ugryźć. W głowie pojawiało się milion myśli: „Może go teraz otworzę. Albo później. Albo… nigdy?”.
Jej łapka zawisła nad ekranem, po czym opadła bezwładnie.
– Czy można mieć alergię na wiadomości? – zapytała głośno, choć raczej retorycznie.
W odpowiedzi usłyszała tylko delikatne chrapnięcie Maxa i westchnienie swojego wewnętrznego głosu.
– No nie… – jęknęła, patrząc w przestrzeń. – To nie tak miało wyglądać.
Max podniósł głowę spod koca. Spojrzał na nią z miłością i wrócił do spania.
Luna, jak zwykle otulona zapachem świeczek, tylko mruknęła z parapetu:
– Zrób sobie dzień na kanapie. Nic złego się z tego powodu nie stanie.
Zula się zawahała. W jej głowie rozgrywał się dramat:
Przecież miała być dzielna, produktywna, pomocna, wspierająca, obecna, energiczna… i jeszcze miała zrobić te ciasteczka.
– Ale może… – szepnęła sama do siebie – … może ja też czasem zasługuję, żeby po prostu być?
Po chwili już leżała wtulona w poduszkę z kocykiem po sam nos i herbatą, której nie musiała od razu wypić.
Mruczek przeszedł obok i mruknął:
– Oficjalnie zatwierdzam kanapowy stan wyjątkowy.
– Dzięki – wyszeptała, uśmiechając się półprzytomnie.
Na chwilę jeszcze spróbowała otworzyć listę zadań. Spojrzała na te wszystkie punkty, starannie wybrane wczorajszego wieczoru. Każdy z nich patrzył na nią z wyrzutem.
Ale tym razem coś się w niej zmieniło. Zamiast poczucia winy pojawiło się… zrozumienie.
Zamknęła aplikację i powiedziała do siebie:
– Jutro też jest dzień. I ja tam będę. Ale dziś – dziś jestem tutaj.
Rzuciła jeszcze okiem na zegarek. Jedenasta rano. W jej planie o tej porze miała być już „w połowie zwycięstwa nad światem”. Tymczasem miała na sobie tylko jedną skarpetkę i emocjonalne zmęczenie z poprzedniego tygodnia.
Zerkając w lustro zauważyła w oczach coś, czego dawno nie widziała – potrzebę odpuszczenia.
Nie lenistwa. Nie ucieczki. Po prostu… prawa do bycia zwyczajnie zmęczoną.
– A jeśli dzisiaj nic nie zrobię? – wyszeptała.
– To jutro się nie zawali – odpowiedziała sobie w myślach.
I to wystarczyło, by wrócić na kanapę z herbatą i trochę większą ulgą w sercu.
I tak minął jej dzień.
Bez odhaczonych list, bez ciasteczek, bez odkurzacza.
Ale z czułością. Dla siebie.
Motto na dziś:
Masz prawo do dnia na kanapie.
Nie wszystko musisz zrobić dzisiaj.
Ty też się liczysz.


